fot-miroslaw-mizera

PROZA

KRZYSZTOFA DZIKOWSKIEGO

Prezentowane utwory Krzysztofa Dzikowskiego oprócz książek „Józup” i „Tekściarz” powstały w najwcześniejszym okresie jego twórczości. Opowiadanie „Motyw z cyklu ulice” powstało na wagarach – Dzikowski chodził samotnie ze specjalnym zeszytem, w którym opisywał swoje wrażenia z obserwacji ulic, pasku i praskiego brzegu Wisły. Później poświęcił się pisaniu tekstów piosenek, nie rezygnując jednak z innych gatunków twórczości.

0a
8
20
25

Motyw – z cyklu: „Ulice”

Zobaczyłem go pośród złośliwych zwierciadeł, zamkniętych w gabinecie śmiechu. Był smutny. Później widywałem go często błądzącego po mieście, zamkniętego w kręgu tych samych ulic. Chciał się wyzwolić.

Emeryci słuchają tu cerkiewnych dzwonów. Wiosna w parku to wielkie święto. Nie powinno się chodzić do szkoły w dni rozwijających się pąków. Wygrzewają się więc w wiosennym słońcu porzucone na ławce teczki. Dziewczęta w kolorowych pończoszkach są za duże żeby grać w klasy. Wolą się przeciągać na ławkach i opalać blade noski, albo spacerować po alejkach. Garbaty pan, który właśnie nadchodzi, będzie je częstował czekoladą i może opowie coś ciekawego.

W tramwaju dochodzi często do rozmaitych incydentów i pomyłek. W osiemnastce usłyszałem jak jedna pani powiedziała ostro:

Przechodź do przodu, smarkaczu! – ale natychmiast dokończyła z zażenowaniem: – Bardzo pana przepraszam, nie zauważyłam….

Och, nic nie szkodzi – odparła smutna twarz wciśnięta między szare płaszcze.

Przy wejściu są grzebienie, szaliki, okładki na prawo jazdy. Trochę dalej obraz. W kronice filmowej pokazywali zdjęcia takich obrazów i mówili: kicze. Rozszalałe konie ciągną sanie z myśliwym strzelającym do wilków. Niebieska Madonna piastuje Zbawiciela. Ranny jeleń pędzi po lodowej krze na tle krwawiącego nieba. Oglądając te obrazy mówię sobie: tęsknota. Obok stoiska handlarka sprzedaje kawę i racuchy. Na bazarze można dostać instrument do cięcia szkła i preparat zmywający wszelkie plamy. Od człowieka w starym kapeluszu, garbus kupił małego pieska. Niesie go pod połami płaszcza. Kaleka wygląda teraz jakby miał dwa garby: z przodu i z tyłu.

To był chyba koniec wiosny. W świetle latarni na liściach lśniły drobniutkie kropelki lepkiego soku i ten sok sprawiał, że powietrze było duszne i oszałamiające. Pochmurne niebo nie wysączyło ani kropli deszczu, a od murów biło gorąco. Z półotwartych drzwi nocnego lokalu płynęła melodia piłowanych skrzypiec. We wnęce muru rozmawiały dwie dziewczyny:

Czego on chciał?

Och, tego samego. Nie zgodziłam się.

Było się zgodzić. Z takim to podobno przynosi szczęście.

I znowu deszcz. Śliski, lśniący, w którym odbijają się chmury. Mijam wysokie tramwajowe słupy. W górze krzyżują się przewody elektryczne, właśnie na tle tych chmur, które gna wiatr. A może jestem zamknięty w mydlanej bańce?

Tego dnia zgubiłem swojego garbusa. Szedł w głąb uliczki, mijał śliskie tramwajowe szyny, potykał się o krawężniki, podczas gdy wiatr szarpał mu poły lichego płaszcza, aż zniknął mi zupełnie z oczu. W gabinecie śmiechu widziałem tylko swoją twarz wykrzywioną, złą i nienawistną, to znowu łagodną i słodką, anielską i uśmiechniętą, a potem znowu uśmiechniętą, ale inaczej.

Zwierciadło

Wiem na pewno, że gdy tylko mnie ujrzy – będzie się starał umknąć. Schyli się, będzie udawał, że podnosi z podłogi jakiś papier, odwróci się, wszystko po to aby nie widzieć mego wzroku, aby umknąć z pola mego widzenia. Zwyczajny wybieg nienawidzącej cię istoty.

Dzisiaj jednak będzie to wyglądało inaczej. Nie dam mu umknąć. Popatrzę mu długo w oczy a potem powiem co o nim myślę. Że taki stan rzeczy nie może dłużej istnieć, że albo się zmieni, albo…. Jest! Co prawda małpio zdziwiony, ale jest. Nie ucieka tym razem. Patrzymy sobie w oczy. Z wściekłością obserwuję jak małpi wyraz zdziwienia na jego twarzy ustępuje miejsca idiotycznemu uśmiechowi.

– Z czego się śmiejesz, bydlaku! – wołam i odwracam lustro do ściany.

Liść

Listopad. Nagie drzewa wyciągają w niebo bezlistne konary i o coś proszę. Park jest taki dostojny i smutny. Opieram głowę o poręcz ławki i wtedy widzę, że na nagiej gałęzi kołysze się i drży ostatni listek. Już się odrywa….

Nagle przede mną wyrasta rosyjski rewolucjonista z karabinem w dłoni. Na kurtce ma skrzyżowane taśmy z nabojami. Celuje mi w pierś ostrym bagnetem.

Wy kto? – pyta. Nie mam siły mu odpowiedzieć.

Biełyj?! Gawari.

Rewolucjonista jest wyraźnie zniecierpliwiony. Gdy tak wpatruje się we mnie surowymi oczyma, spostrzegam, że gdzieś daleko, między suchymi konarami czernieje niebo.

Wy kto – ponawia pytanie – o czto borotsja, po kotoroj staranie?

Cóż mam mu odpowiedzieć? Że u nas nie ma ani białych, ani czarnych, że nie ma żadnej rewolucji a on jest chyba postacią z uporczywego snu, który się zaraz skończy. O nic nie walczę i nie mam zamiaru walczyć, chcę jak najmniejszym wysiłkiem skończyć studia, a kiedyś w przyszłości mieć samochód i pieniądze. A co do rewolucji… Salwa armatnia wstrząsnęła powietrzem.

Awrora! – krzyczy rewolucjonista. Za rewolucję – wpieriod!

Idiosz? – zwraca się do mnie przystawiając mi bagnet do piersi.

Idiosz borotsa ?! – rewolucjonista przebił mi serce bagnetem i popędził dalej, do szturmu.

Robi mi się dziwnie słodko i smutno. Widzę jak ostatni listek odrywa się od gałęzi i leci kręcąc się w powietrzu. Spadł.

Park jest pusty. Tylko z sąsiedniej alejki wyjechał biały wózeczek z roześmianym bobasem. Szczęśliwa mama wpatruje się w dziecko z dumą i miłością. Ono śmiejąc się hałaśliwie, wali grzechotką w poręcz wózka i wpatruje się w niebo błękitnymi ślepkami. Przekrzywiła mu się biała czapeczka z pomponikiem, wyleciała z rączki grzechotka, a on się śmieje, wciąż śmieje….

1959.

Wiosna

Stworzyłem wstrętny świat wąskich zaśmieconych uliczek i kalekich postaci. Ludzkie ciało ma na moich obrazach barwę padliny a zieleń wygląda niby pokryta kurzem. Świat moich obrazów nie budzi we mnie wstrętu; ja nie znam innego świata. Farby rozrabiam na ścianach. Nie podnoszę z podłogi zeschłej skórki od sera; przez to i tak nic się nie zmieni. W mojej dzielnicy wszystko jest takie szare oprócz cieni, które zawsze są kolorowe. Na rogu uliczki siedzą w kawiarni ludzie w ohydnych szalikach i załatwiają interesy.

A ja przecież kocham poezję odrapanych murów. Chuderlawe drzewka wyglądają ze swymi wyciągniętymi czarnymi konarami jakby o coś prosiły. Kiedy pokryje je zieleń – już nie proszą. Naturalnie w parku nad rzeką jest zupełnie inaczej. Ale tam chodzę rzadko, bo po każdym spacerze chciałbym gdzieś uciec, wyrwać się z niewoli własnych uczuć. A to jest dla mnie najgorsze, bo wtedy zdaję sobie sprawę ze swojej bezsilności

O tak, w parku nad rzeką jest zupełnie inaczej. Często przychodzą tam dziewczęta w granatowych fartuszkach, z teczkami. Kiedy dzień jest chłodny, mają na sobie kolorowe pończoszki i wyglądają w nich tak ładnie i śmiesznie.

Kocham swoją ulicę w nocy. Jakże inaczej wygląda człowiek w magicznym kręgu światła latarni. Szkicuję czym prędzej zaczarowaną sylwetkę na tle blaszanego kubła od śmieci.

Na moim portrecie przepełnionego śmietnika ( u góry widać odrapany mur ) wyrósł dziś spoza sterty odpadków świeży, zielony pęd. Ale doktór nawet przez swoje mocne okulary nie dostrzegł wątłej roślinki. Przyszedł do nas z wizytą i bardzo zmartwiły go moje płótna. Był bardzo przygnębiony i słyszałem jak mówił do rodziców: „Chłopak jest wyraźnie chory, ma niezdrową wyobraźnię, widzi w życiu jedynie zło, ciągnie jak szczur do brudu. Powinien się leczyć.”

A moja matka: „Cóż my poradzimy panie doktorze. Chciałam żeby poszedł na inżyniera, był porządnym człowiekiem. A on nic tylko te swoje farby. Ciągle mu robię wymówki ale nie pomaga. Jeszcze jako dzieciak miał złe skłonności. Trzymaliśmy spirytus, no tak… do herbaty. Otwieram kiedyś kredens – butelka pusta! A chłopak miał przecież niecałe piętnaście lat….” ”

Janko Muzykant

Dziś na obiedzie u Pana Boga gościli najwybitniejsi znawcy i miłośnicy muzyki. W samym końcu stołu siedział wychudły i zaniedbany Janko, wpatrując się wystraszonymi oczyma w twarze wielkich mistrzów.

Kiedy podano kawę i likiery, Pan, ubrany w elegancki dwurzędowy garnitur zwrócił swą łaskawą uwagę na onieśmielonego chłopczynę:

Czegoż to pragnąłbyś, Janku – zapytał dobrotliwie.

Daj mi Panie najlepsze skrzypce Stradivariusa, abym mógł pięknie grać na chwałę Twoją- odparł chłopiec.

Pan zmarszczył piękne, wysokie czoło.

Niepoprawny jesteś chłopcze – rzekł. – Pragniesz rzeczy martwej, zwykłego narzędzia bez duszy, które nic nie znaczy bez ludzkiego talentu.

Pan podał Paganiniemu zrobione ze starego gonta i końskiego włosia niezgrabne skrzypeczki Janka, które w rękach mistrza ożyły i zaśpiewały.

Nikt jeszcze nie słyszał tak pięknej muzyki.

Klucz

W pokoju Jana na małym stoliku leżał zawsze stary, zardzewiały klucz.

Była wczesna wiosna. Jan błąkał się po opuszczonych zaułkach przedmieścia usiłując znaleźć dogodną drogę do swego domu. W dali lśniły światła miasta, takie małe i nikłe. Tej nocy księżyc świecił niezwykle jasno. Cienie drzew były ostre i wyraźne. Nogi zapadały się w rozmokłej ziemi, a gdzieniegdzie lśniły kałuże. Na środku zapomnianej drogi leżał stary zagubiony klucz. Jan przyniósł go do domu i położył na małym stoliku.

Jan nieraz opowiadał znajomym trzymając klucz w ręku: „Ten klucz to moja najwspanialsza przygoda, to jedyna rzecz, która mnie w życiu cieszy. Młodzi chłopcy wierzą, że spotkają kiedyś piękna dziewczynę , swój ideał, i że znajomość ta przeistoczy się w szczęśliwą miłość. Ja rozczarowałem się do wszystkiego, ale wierzę, że kiedyś znajdę nieznane drzwi od mego klucza i to co znajdę za tymi drzwiami będzie moją jedyną, najwspanialszą przygodą. Te drzwi otworzą mi drogę do nowego, wspaniałego świata….

Jan włóczył się po ślepych zaułkach i zagubionych uliczkach przedmieścia szukając nieznanych drzwi od swego klucza.

Jan ciężko zachorował. Klucz powiesił sobie nad łóżkiem na wbitym w ścianę gwoździu.

Jan był już tylko cieniem człowieka. Nie wstawał zupełnie z łóżka i mówił ludziom, którzy go odwiedzali: „Ten klucz to jedyna rzecz jaka mi została w życiu. Nieraz modliłem się, aby mi było dane odszukać te nieznane drzwi. To straszne, czuję, że umrę, a tak chciałbym znaleźć się za tymi drzwiami”.

Pogrzeb Jana był taki sam jak setki innych. Z drzew opadały właśnie ostatnie liście. Po skończonej ceremonii podeszła do mnie siostra Jana. Wyjęła z torebki jakiś przedmiot zawinięty w papier. – „Wie pan, to ten klucz” – powiedziała.- „Jan ciągle o nim mówił. Nie wiem co z nim zrobić. Chciałam aby był zakopany razem z trumną, ale dopiero teraz mi się o tym przypomniało”.

Wchodziliśmy właśnie z cmentarza. Wzrok mój spoczął na niezamykanej od lat cmentarnej bramie. Wziąłem klucz i włożyłem go do starego, zardzewiałego zamka. Pasował.

Zegar

Stała się rzecz dziwna. Stary, olbrzymi zegar ścienny stanął wraz ze śmiercią babki. Brak odwiecznego tykania sprawiał niesamowite wrażenie. Nad ubraną w koronkowy czepek głową nieboszczki jaśniała tarcza ze wskazówkami zamarłymi na godzinie trzeciej. Dziwił się temu wuj, dziwiła się ciotka, dziwił się nawet ksiądz proboszcz. A nie było w tym zdarzeniu nic dziwnego. Po prostu – babka była jedyną osobą, która nakręcała staroświecki zegar.

Kolorowe szkiełka

Wszyscy wiedzą, że rozbite szkło przynosi szczęście. Rozbite szkło rozpada się na setki małych szkiełek. I co się wtedy staje ze szczęściem?

Przez całe życie zbieram kolorowe szkiełka. Układam je w barwne obrazy. Mogę wyczarować błękit nieba nawet w najbardziej pochmurny dzień albo pałac z kryształów lodowych podczas największej spiekoty. Chcecie? Zimowe kwiaty na szybach ubiorę w najpiękniejsze barwy. Potrzeba mi do tego tylko odrobinę waszego nastroju i wyobraźni. Mogę kolorowymi szkiełkami wypisać imię ukochanej kobiety. Mogę zilustrować wszystkie uczucia jakie tylko są wam znane. Kolorowe szkiełko łatwiej jest podeptać niż znaleźć, a przecież może w nim być zarówno radość jak i smutek, miłość lub ból.

Ludzie, dlaczego depczecie kolorowe szkiełka?

Dla was rzucam garść kolorowych szkiełek…