12

POEZJA

KRZYSZTOFA DZIKOWSKIEGO

Prezentowane wiersze (oprócz „Zapachu jesieni” i przekładu wiersza Tenessee’a Williamsa „Noc Iguany”) są to utwory pochodzące z  młodego okres utwórczości Krzysztofa Dzikowskiego. Z tego też okresu pochodzi wiersz, który zdobył II nagrodę w konkursie poetyckim „Turniej Trzech Wierszy”, którą Dzikowski odebrał z rąk Władysława Broniewskiego. Szybko jednak odkrył, że największą popularność może zdobyć słowo uskrzydlone muzyką, czyli piosenka. Poświęcił się więc jej, nie rezygnując jednak z uprawiania innych gatunków literackich.

0a
25
20
fot-miroslaw-mizera

Spotkanie

Nad rzeką, gdzie w wodę,

gdzie w wymyty piasek,

sypało hojne słońce pieniążkami złota,

przyszedł do mnie z daleka,

przyszedł do mnie znikąd,

w wyrudziałej koszuli,

resztkach kapelusza.

 

Nie czekałem na niego,

wiedziałem, że przyjdzie.

On, włóczęga mych marzeń,

uśmiechał się do mnie…

Miał twarz spaloną wiatrem,

błękit nieba w oczach,

gdy nad wodą odpinał swą drewnianą nogę…

Chłopiec

Światłem zorzy wieczornej obłoki się jarzą,

lśni czerwienią zachodu maleńka kapliczka,

pochylony pokornie przy złotym ołtarzu

nasz braciszek Hieronim pięknie gra na skrzypcach.

 

Słucha Jezus złocony, Matka Boska słucha,

aniołom złote loki z zachwytu się mienią,

zeszły z szybek witraży i pląsają z cicha

zasłuchane w muzyce kolorowe cienie.

 

W progu stoi diabełek, ot małe diablątko,

łzy ociera kopytkiem, bo piękna muzyka,

chciałby wejść i posłuchać, cicho stanąć w kątku,

lecz groźny anioł mieczem odpędza diablika.

 

Pewien chłopak stał w progu i długo się wahał:

czy iść przed ołtarz Pana, czy się z życiem zmagać?

Choć muzyka kusiła, choć anioł zapraszał,

on pozostał na progu aby z diabłem płakać…

Zapach jesieni

Zapach jesieni się unosi
wśród mgły porannej i sitowia,
czemu unikasz mego wzroku
i przed spojrzeniem mym się chowasz

Czy to ostatnie uniesienie,
czy to ostatnie już spotkanie,
czy coś rozważasz w głębi duszy
i naszą przyszłość widzisz na „nie”?

Jak długie będą pożegnania,
jak długi uścisk twojej dłoni,
gdy zima nagle się roziskrzy
jak białe szrony na mej skroni

Nic nie odpowiem – bo i po co,
pójdę, zabiorę to co swoje:
twój uśmiech szczęścia, który dałaś
i pakiet wspomnień, co są moje…

Brzoza

byłem z nią
na jednym podwórku
w jej cieniu rosłem
nie myślałem
po prostu byłem ja i brzoza
przyszedł czas bladego nieba nocą
to było wiosną
a ona
miała stalowe oczy
brzozowe warkocze

ścieli moją brzozę
słyszałem jej płacz
nie mogłem pomóc
sterczał ku niebu kikut pnia
rozsypane po ziemi warkocze
tego dnia poszedłem zdecydowany do NIEJ
podły…


to było bladą nocą
wiosną

Koń cygański

Stara cygańska szkapo, sprzedana za grosze,

żegna cię kurz gościńca i rozstajne drogi,

wziętą za ciebie forsę z wytartym chomątem

twój wierny pan przepija w szynkwasie za rogiem.

 

Ileż to na twej drodze przeminęło krzyży,

kaplic bielonych wapnem i przydrożnych mogił…

Dziś z obciętym ogonem, bielmem w starych oczach,

wyruszasz dumny koniu w swą ostatnią drogę.

...w moich myślach, Consuelo...

Wszystkie kwiaty ślę dla ciebie, Consuelo,

tyle nieba, ile tylko zamknę w dłoniach,

tyle gwiazd ile przede mną nocą lśni na nieboskłonie

ślę do ciebie w moich myślach, Consuelo.

 

Tyle słów, które są prawdą, Consuelo,

tyle marzeń, które jednak nic nie zmienią,

Tyle wspomnień, które „wszystko” znaczą teraz

ślę do ciebie w moich myślach , Consuelo.

 

Wszystkie morza, które wyschły, ale żyły,

razem z sercem, co dla ciebie zawsze biło,

razem z wiatrem, który ucichł ponad ziemią

ślę do ciebie w moich myślach, Consuelo.

 

Słów mych nigdy, Consuelo, nie usłyszysz

jestem pyłem mej planety, jestem ciszą,

już nas nigdy żadne morza i pustynie nie rozdzielą-

żegnam ciebie w moich myślach, Consuelo.

Szukanie Marianny

Szukałem jej w oknach domów,

przy drewnianym płocie,

w snach.

W deszczu i w mokrych liściach

„Gdzie jesteś, Marianno?”

Szukałem jej w blasku gwiazd.

 

Razem z rzeką płynąłem na pięciu mostach:

„Rzeko, oddaj mi jej odbicie!”

Może wierzbowe liście czesały jej włosy,

kiedy stała wpatrzona w księżycowe tęcze.

 

Przyszłaś do mnie Marianno

wraz z biciem zegara,

gdy cichy wiatr za oknem szeptał twoje imię.

Może nie byłaś wcale, może tylko chwilę

i odeszłaś na zawsze rozbudzona świtem.

 

Będę cię szukał Marianno

póki nocy starczy,

będę cię czekał zawsze

pochylony, winny.

Dziewczyno moich marzeń! Gdzie jesteś?

Spójrz na mnie!

 

………………..

To nie ty, Marianno, to nie ty!

Poezją moją

Poezją moją odrapane mury miasta,

nie wieńce wawrzynowe, cokoły z granitu,

poezją – lśniący nocą asfalt

i dachy ogarnięte powodzią księżyca.

 

Urodzona w zaułkach włóczyła się ze mną

muza wieczornych ulic, szyb dzwoniących deszczem

i czyniła poezją śpiew piły tartaku,

i chwile pełne ciszy zapisała wierszem.

Ślepcy

Będą szli korowodem za swym przewodnikiem,

stukając białą laską po kamiennych brukach.

Ciepłem odnajdą słońce,

wyczują róż zapach

i dziewczynę przelotnie obejrzą

                           – jej śmiechem.

Choćby im przyszło wieki po ziemi się błąkać,

w bezsilnych prośbach w niebo ramionami wrastać,

umierać w cichym smutku

i nad sobą płakać,

nocy nie ujrzą nigdy…

 

Nocy mego miasta.

Mgła w Regułach

Przyszła niepostrzeżenie, chyba z chmur dalekich

przyszła i jest już wszędzie

cicha mgła w Regułach…

Otula mokre dachy,

małe ptaszki łapie

i osiada kroplami na wysokich drutach.

 

Dźwięk tłumi,

dzieci straszy,

a w małych uliczkach

roziskrza się i jarzy razem z latarniami.

 

Z mgłą srebrną w siwej brodzie

rzekł do mnie jakiś starzec:

„Cóż to za mgła? Eh, panie!

To przecież jest aksamit!”.

Noc Iguany

słowa: Tenessee Williams, przekład: Krzysztof Dzikowski

Z jakim spokojem schnąca gałąź pomarańczy

patrzy na niego, które zaczyna blednąć,

bez strachu, bez modlitwy, bez cienia rozpaczy,

nie zdradzając zwątpienia, które rodzi niemoc.

 

Czasami schnące drzewo w tę Noc Iguany,

gdy wybije godzina spełniająca życie,

odejdzie w przeszłość z trzaskiem gałęzi łamanej;

lecz już inną historię wtedy usłyszycie.

 

Lecz w tym oto mgnieniu oka, w owej chwili

gdy targi mgły i pleśni osiągają zenit,

gdy od pnia się oderwie swym ciężarem gałąź

i zawiśnie w powietrzy zanim dotnie ziemi.

 

A z pnia wyrośnie nowa, świeża gałąź

w chwili, której nie znacie i nie przewidzicie,

tworząc sklepienie nad czymś, co się dokonało

z miłości dwojga ludzi – nowe życie.

 

Z jakim spokojem świeża gałąź pomarańczy

patrzy na niebo, które już zaczyna blednąć.

Bez strachu, bez modlitwy, bez cienia rozpaczy,

nie zdradzając zwątpienia, które rodzi niemoc.

 

Odwago! Nieosiągalna, dumna i wyniosła,

czy nie mogłabyś zmusić się do zamieszkania

nie tylko w drzewach cierpliwych, w swej mądrości prostych,

lecz w sercu moim drżącym w chwili przemijania?

Coś około Falenicy

Pożegnałem Marię…

Straszny upał,

na stacji sprzedawali lemoniadę,

pociąg odszedł o dwunastej dwie.

 

Jakiś starzec

usiłował zagrać coś na skrzypcach własnej roboty,

ale dostał tylko dwa złote,

poszedł.

 

Po przyjeździe natychmiast witano mnie solą

chleb zapewne im rozgnietli w tłoku,

jakaś pani, pewnie ciocia, pocałowała w czoło.

 

Było tutaj takie niezaprzeczalnie podłe kino,

dancing

i trzy fabryki tanich papierosów,

w ogródkach nie chciała im fasola rosnąć

i nawet koty były łyse.

 

Ktoś ostrzegał mnie ciągle, że pralnia, że fryzjer,

że loteria, że fanty

i że trzeba płacić.

Małe dzieci bawiły się blaszką na drucie

a na rynku za darmo rozdawali kwiaty.

 

Patrzyłem na uliczki,

domy,

brzydkie szyldy,

kalkomanię,

dziewczęta

i blaszane rynny.

 

Zostałem tutaj na zawsze…

Pożegnanie z miastem

Prowadziło cię słońcem po swoich ulicach,

twoje stopy chłodziło cieniami straganów,

poiło nektarami swych kamiennych studni,

witało dostojnymi dźwiękami kurantów.

 

Kłaniały ci się wieże strzeliste na rynku,

do cienistych podwórek zapraszały bramy,

płynęły z tobą mosty po leniwej rzece,

gdy w odbiciach szukałaś lazurowej duszy.

 

A gdy się rozstać przyszło nad pustym gościńcem

cichych ulic wspomnienia w twoich oczach gasło.

Odchodziłaś szczęśliwa, cicha, niema, czysta

kiedy łuną zachodu żegnało cię miasto.

Wyznanie poety

Robię tylko to, co umiem

w swoim ziemskim życiu biegu

szukam piękna w wiatru szumie

w wiecznym tańcu płatków śniegu.

Akt

Dzień wcale nam nie skąpił

słońca, co w dół się chyli,

wiatr tchu nie żałował

dla skrzydeł motylich.

 

Tłem dla twoich oczu

niebo zbłękitniało,

potem się schyliło

i ciałem się stało.

 

Ziemia się uniosła

i w poprzek stanęła:

raz ziemia, raz niebo,

raz niebo, raz ziemia.

 

I pomyśleliśmy

nagle, że się stało,

wspomnieniem sprzed chwili,

książką przeczytaną.

 

I byliśmy sami

na stygnącej łące,

jak dwa bochny chleba –

– ciepłem parujące.

Blaszany numer

Dwie karty widzę przed sobą,

jak astry – kwitną wspomnienia…

Jedna karta to list od ciebie,

a druga – Karta Wcielenia.

 

Nie wzdychaj za mną, nie tęsknij,

karabin jest zawsze ze mną,

a list twój, pocisk bezskrzydły

doleci kiedyś na pewno.

 

Twarz mą przyciśnie do ziemi

okrutna chwila, lecz krótka

i płonął będzie nade mną

krzyż atomowy Południa.

 

Potem odwrócę swą głowę

oczami ze szkła w błękit

przez popiół przejdą w natarciu

jak nosorożce – pancerni.

 

Jak każdy mam znaczek na piersi:

sześć cyfr i żadnych wspomnień…

Gdy zginę wrzucą do kosza

sześć cyfr – blaszany numer *

 

*blaszany numer – tak zwany „nieśmiertelnik”, kawałek blaszki z wybitym numerem żołnierza. Zrywa się go z piersi poległego celem ustalenia tożsamości (przyp. aut.)